piątek, 14 listopada 2014

Jego własne piekło

 Potworny ból głowy rozsadzał mu czaszkę. To zdecydowanie była jedna z tych chwil, kiedy postanawiał sobie, że już nigdy nie sięgnie po alkohol. Zastanawiał się przez chwilę, co też robił poprzedniego wieczoru, ale nic nie mógł sobie przypomnieć. Doszedł do wniosku, że jedyną osobą, która może mu to opowiedzieć, jest Kou. Przez głowę przemknęła mu myśl, że przecież obudził się na kanapie, więc może się pokłócili. A to nie byłoby dobre. To byłoby bardzo złe. Albo po prostu był tak pijany, że nie miał siły dojść do sypialni. Postanowił czym prędzej wyjaśnić tę sprawę. Ale najpierw musiał złagodzić ten potworny ból głowy. I opanować szalejący żołądek.
Ruszył do kuchni. Nalał wody do czajnika i postawił go na gazie. Potem połknął dwie aspiryny i poszedł szukać Kou.
Kiedy otworzył drzwi sypialni, zobaczył Kou, który właśnie układał swoje rzeczy w walizce. Wokalista spojrzał na niego tymi swoimi pięknymi, wielkimi oczami, dzisiaj pełnymi bólu i determinacji. Rei poczuł, jak robi mu się gorąco i zimno jednocześnie i powoli ogarnia go panika.
- Co robisz? - wyszeptał przez zaciśnięte strachem gardło.
- Dokładnie to, czego chciałeś – zabrzmiała odpowiedź.
Rei nie był w stanie się odezwać. Poczuł, jak kręci mu się w głowie, tym razem nie od nadmiaru alkoholu, a przed oczami robi mu się ciemno. Co on, na wszystkich bogów, zrobił wczoraj? Nie mógł się poruszyć. Patrzył tylko, jak najważniejszy facet w jego życiu odchodzi, a kiedy usłyszał trzask zamykanych drzwi, mógł już tylko osunąć się na podłogę i płakać.

* * *

Siedział na próbie pochylony nad basem. Próbował nastroić instrument, skupić się na czymkolwiek, ale słabo mu to wychodziło. Wciąż widział w pamięci smutne oczy Kou i jego twarz złamaną bólem. Minął już tydzień od tamtego poranka, a Rei wciąż nie miał pojęcia, jak ma przeprosić za to, co mu wtedy powiedział. Cokolwiek to było.
- Hej, Rei, żyjesz? - głos Nao wyrwał go z zamyślenia.
- Nie. I jestem w piekle.
- Jak się dobrze zastanowić, to właśnie tam powinieneś być - odezwał się Eiki.
- Wy wiecie, co mu wtedy powiedziałem, prawda?
- A ty nie?
- Nie mam pojęcia. Nie pamiętam.
- To ci powiem - Nao usiadł obok niego. - Coś w stylu, że masz go dość, że cię ogranicza, a seks z jednym facetem już dawno ci się znudził. I podobno krzyczałeś, aż cię pół bloku słyszało.
- Niby nic oryginalnego – dodał drugi gitarzysta – ale Kou chyba to bardzo zabolało. Bardziej, niż kogoś innego na jego miejscu.
- W sumie tego się spodziewałem. Jestem idiotą. Idiotą w piekle.
Zaczął gorączkowo myśleć nad tym, jak można przeprosić za coś takiego. Jak wybłagać u ukochanej osoby jeszcze jedną, ostatnią być może szansę, po wypowiedzeniu takich słów. Jak w ogóle mógł coś takiego powiedzieć? Co mu wpadło do zapijaczonego, durnego łba? Wiedział jedno: Kou nie lubi takiego romantyzmu. Więc kwiaty, czekoladki i płonące świece opadały. Musi wymyślić coś oryginalnego, coś przejaskrawionego, przedramatyzowanego, co da mu szansę przynajmniej na bycie wysłuchanym.

Czekał na okazję przez kilka dni. Kilka dni wypełnionych próbami i wspólnym graniem, w czasie których obaj udawali, że tego drugiego tam nie ma. W końcu jego cierpliwość została nagrodzona. Zostali w sali sami. Kou siedział przy stoliku, usiłując poprawić tekst. Jasne włosy spadały mu na twarz, zasłaniając oczy. Te wielkie oczy, w które Rei mógłby patrzeć godzinami.
Teraz albo nigdy. Ten koszmar tak czy inaczej musi się wreszcie zakończyć. Basista podszedł do stolika i położył na nim długi, ostry nóż.
- Dobij mnie – wyszeptał.
Kou spojrzał na niego osłupiały.
- Dramatyzujesz. Co chcesz przez top osiągnąć?
- Nic oprócz tego, żebyś mnie wysłuchał.
- Żebyś znowu mnie zranił?
- Nigdy nie chciałem cię zranić. Tamtego wieczoru też nie chciałem. Ale zraniłem nas obu. Nie wiem, dlaczego. Nie pamiętam. Nie wiem, skąd mi przyszły do głowy tamte słowa. Ale były kłamstwem. Potwornym kłamstwem. Totalną głupotą. I mam tylko nadzieję, że o tym wiesz. Gdzieś w głębi siebie, pod bólem, który ci zadałem, wiesz o tym. I mam tylko nadzieję, że dasz mi kiedyś szansę, żeby ci udowodnić, że tak nie myślę ani tak nie czuję.
Rei westchnął ciężko i przymknął oczy, jakby naprawdę oczekiwał ciosu nożem.
- I jak chcesz to udowodnić? Jakimś widowiskowym, heroicznym gestem?
- Och, dobrze wiem, że tak się nie da. Lecz jeśli dostanę szansę, będę ci to udowadniał każdego dnia, cierpliwie, aż mi znowu zaufasz...
- Przecież ci ufam, zwariowany, kochany idioto – Kou uśmiechnął się z figlarnym błyskiem w oczach. - Ale za taką głupotę należała ci się nauczka. A ja potrzebowałem trochę czasu, żeby się otrząsnąć. Bo to bolało, Rei. Nawet, jeśli wiedziałem, że przemawia przez ciebie alkohol i gadasz od rzeczy.

Rei wziął go w ramiona bez dalszych słów. Delektował się ciepłem ciała, znajomym zapachem, smakiem ust. Czuł, że niebo znów się dla niego otwiera.

1 komentarz:

  1. Miła miniaturka. Ciekawy pomysł na przeproszenie. Nie spodziewałam się, że da mu nóż i będzie kazał się dobić. To naprawdę ciekawe i wymyślne przeprosiny. To o wiele lepsze niż taka romantyczną kolacja. Pomysł naprawdę ciekawy.

    OdpowiedzUsuń