Potworny ból głowy rozsadzał mu
czaszkę. To zdecydowanie była jedna z tych chwil, kiedy postanawiał
sobie, że już nigdy nie sięgnie po alkohol. Zastanawiał się
przez chwilę, co też robił poprzedniego wieczoru, ale nic nie mógł
sobie przypomnieć. Doszedł do wniosku, że jedyną osobą, która
może mu to opowiedzieć, jest Kou. Przez głowę przemknęła mu
myśl, że przecież obudził się na kanapie, więc może się
pokłócili. A to nie byłoby dobre. To byłoby bardzo złe. Albo po
prostu był tak pijany, że nie miał siły dojść do sypialni.
Postanowił czym prędzej wyjaśnić tę sprawę. Ale najpierw musiał
złagodzić ten potworny ból głowy. I opanować szalejący żołądek.
Ruszył do kuchni. Nalał wody do
czajnika i postawił go na gazie. Potem połknął dwie aspiryny i
poszedł szukać Kou.
Kiedy otworzył drzwi sypialni,
zobaczył Kou, który właśnie układał swoje rzeczy w walizce.
Wokalista spojrzał na niego tymi swoimi pięknymi, wielkimi oczami,
dzisiaj pełnymi bólu i determinacji. Rei poczuł, jak robi mu się
gorąco i zimno jednocześnie i powoli ogarnia go panika.
- Co robisz? - wyszeptał przez
zaciśnięte strachem gardło.
- Dokładnie to, czego chciałeś –
zabrzmiała odpowiedź.
Rei nie był w stanie się odezwać.
Poczuł, jak kręci mu się w głowie, tym razem nie od nadmiaru
alkoholu, a przed oczami robi mu się ciemno. Co on, na wszystkich
bogów, zrobił wczoraj? Nie mógł się poruszyć. Patrzył tylko,
jak najważniejszy facet w jego życiu odchodzi, a kiedy usłyszał
trzask zamykanych drzwi, mógł już tylko osunąć się na podłogę
i płakać.
* * *
Siedział na próbie pochylony nad
basem. Próbował nastroić instrument, skupić się na czymkolwiek,
ale słabo mu to wychodziło. Wciąż widział w pamięci smutne oczy
Kou i jego twarz złamaną bólem. Minął już tydzień od tamtego
poranka, a Rei wciąż nie miał pojęcia, jak ma przeprosić za to,
co mu wtedy powiedział. Cokolwiek to było.
- Hej, Rei, żyjesz? - głos Nao
wyrwał go z zamyślenia.
- Nie. I jestem w piekle.
- Jak się dobrze zastanowić, to
właśnie tam powinieneś być - odezwał się Eiki.
- Wy wiecie, co mu wtedy powiedziałem,
prawda?
- A ty nie?
- Nie mam pojęcia. Nie pamiętam.
- To ci powiem - Nao usiadł obok
niego. - Coś w stylu, że masz go dość, że cię ogranicza, a seks
z jednym facetem już dawno ci się znudził. I podobno krzyczałeś,
aż cię pół bloku słyszało.
- Niby nic oryginalnego – dodał
drugi gitarzysta – ale Kou chyba to bardzo zabolało. Bardziej, niż
kogoś innego na jego miejscu.
- W sumie tego się spodziewałem.
Jestem idiotą. Idiotą w piekle.
Zaczął gorączkowo myśleć nad tym,
jak można przeprosić za coś takiego. Jak wybłagać u ukochanej
osoby jeszcze jedną, ostatnią być może szansę, po wypowiedzeniu
takich słów. Jak w ogóle mógł coś takiego powiedzieć? Co mu
wpadło do zapijaczonego, durnego łba? Wiedział jedno: Kou nie lubi
takiego romantyzmu. Więc kwiaty, czekoladki i płonące świece
opadały. Musi wymyślić coś oryginalnego, coś przejaskrawionego,
przedramatyzowanego, co da mu szansę przynajmniej na bycie
wysłuchanym.
Czekał na okazję przez kilka dni.
Kilka dni wypełnionych próbami i wspólnym graniem, w czasie
których obaj udawali, że tego drugiego tam nie ma. W końcu jego
cierpliwość została nagrodzona. Zostali w sali sami. Kou siedział
przy stoliku, usiłując poprawić tekst. Jasne włosy spadały mu na
twarz, zasłaniając oczy. Te wielkie oczy, w które Rei mógłby
patrzeć godzinami.
Teraz albo nigdy. Ten koszmar tak czy
inaczej musi się wreszcie zakończyć. Basista podszedł do stolika
i położył na nim długi, ostry nóż.
- Dobij mnie – wyszeptał.
Kou spojrzał na niego osłupiały.
- Dramatyzujesz. Co chcesz przez top
osiągnąć?
- Nic oprócz tego, żebyś mnie
wysłuchał.
- Żebyś znowu mnie zranił?
- Nigdy nie chciałem cię zranić.
Tamtego wieczoru też nie chciałem. Ale zraniłem nas obu. Nie wiem,
dlaczego. Nie pamiętam. Nie wiem, skąd mi przyszły do głowy tamte
słowa. Ale były kłamstwem. Potwornym kłamstwem. Totalną głupotą.
I mam tylko nadzieję, że o tym wiesz. Gdzieś w głębi siebie, pod
bólem, który ci zadałem, wiesz o tym. I mam tylko nadzieję, że
dasz mi kiedyś szansę, żeby ci udowodnić, że tak nie myślę ani
tak nie czuję.
Rei westchnął ciężko i przymknął
oczy, jakby naprawdę oczekiwał ciosu nożem.
- I jak chcesz to udowodnić? Jakimś
widowiskowym, heroicznym gestem?
- Och, dobrze wiem, że tak się nie
da. Lecz jeśli dostanę szansę, będę ci to udowadniał każdego
dnia, cierpliwie, aż mi znowu zaufasz...
- Przecież ci ufam, zwariowany,
kochany idioto – Kou uśmiechnął się z figlarnym błyskiem w
oczach. - Ale za taką głupotę należała ci się nauczka. A ja
potrzebowałem trochę czasu, żeby się otrząsnąć. Bo to bolało,
Rei. Nawet, jeśli wiedziałem, że przemawia przez ciebie alkohol i
gadasz od rzeczy.
Rei wziął go w ramiona bez dalszych
słów. Delektował się ciepłem ciała, znajomym zapachem, smakiem
ust. Czuł, że niebo znów się dla niego otwiera.
Miła miniaturka. Ciekawy pomysł na przeproszenie. Nie spodziewałam się, że da mu nóż i będzie kazał się dobić. To naprawdę ciekawe i wymyślne przeprosiny. To o wiele lepsze niż taka romantyczną kolacja. Pomysł naprawdę ciekawy.
OdpowiedzUsuń